Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1900 - 1914. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1900 - 1914. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Ladies Day & Crystal Cup

W oczekiwaniu na zdjęcia turniury (w oczekiwaniu, aż je w końcu zrobimy, co ostatnio prawie się udało, gdyby nie nagła zmiana planów z mojej strony) postanowiłam pochwalić się moim kostiumowym spędzaniem wolnego czasu. 

Jakiś czas temu miałam przyjemność wraz z kilkoma nowo poznanymi entuzjastkami mody historycznej wziąć udział w Ladies Day & Crystal Cup, wydarzeniu odbywającym się na wrocławskim torze wyścigów konnych. Tradycją jest, że uczestniczące w imprezie panie zakładają na głowy kapelusze, zatem za namową Magdy i Loany zdecydowałam się wybrać na Partynice w stroju stylizowanym na Belle Epoque (niestety, tylko o stylizacji można mówić w trym przypadku, ale małymi krokami do przodu ;)). 

Nie obyło się bez stresu, gdyż okazało się, że Magda, jedyna uczestniczka wyprawy, którą wtedy znałam osobiście, nie da rady wziąć udziału w wydarzeniu. Analizując "za"i "przeciw" doszłam do wniosku, że szkoda stracić okazję i zdecydowałam się pojechać do Eli, która była na tyle uprzejma, że nie dość, że udostępniła nam swoje mieszkanie do przebrania się, to jeszcze zawiozła nas na miejsce! Ja sama źle zapisałam datę Ladies Day i zabłysnęłam dzwoniąc z informacją, że się spóźnię, gdy tak właściwie wybierałam się na miejsce dzień wcześniej :). 

Samo wydarzenie było bardzo przyjemne. Nigdy wcześniej nie byłam na wyścigach konnych i obserwując zmagania dżokejów doszłam do wniosku, że jest to bardzo ciekawy sport i przyjemnie się go ogląda. 

Nie obyło się oczywiście bez tysięcy zdjęć, które robili nam (i z nami) zaciekawieni przechodnie. 
Strój mój wybijał się na tle reszty dziewczyn prostotą i nie skłamię, jeśli powiem, że wyglądałam najmniej reprezentacyjnie, ale przecież ktoś musi obsadzić i tę rolę ;). 


Fot. Miłosz Poloch

Od prawej: ja, Ela, Weronika, Jola i jej siostra, której imienia niestety nie mogę sobie przypomnieć.
Fot. Miłosz Poloch


Moja stylizacja była swoistą składanką elementów, które szyłam do innych strojów i bazuje na raczej luźnym datowaniu przełomu XIX/XX wieku. Spódnicę prezentowałam już na Złotym Popołudniu (i wciąż nie poprawiłam aksamitu u dołu, shame on me), doczekała się jedynie szerszego paska. Koszula to ta sama, którą miałam na sobie w zestawie z turniurą na pikniku w maju, tym razem w wersji z rękawami, które jak widać po zdjęciach, wymagają poprawek. 

Największym hitem natomiast był "edwardiański kapelusz z H&M". Ponieważ nienawidzę poświęcać czasu na coś, co założę tylko raz, vide jednorazowy kapelusz z kartonu "byle jakoś wyglądał", postanowiłam stworzenie tego dodatku odłożyć w czasie i radzić sobie używając tego, co mam. Na co dzień często noszę kapelusze i mam ich kilka, natomiast tylko ten, odkupiony kiedyś od znajomej, nadawał się pod względem szerokości ronda. Przemilczmy zaokrągloną główkę i skąpe dodatki - za tak popularną na przełomie XIX i XX wieku materię upięta na kapeluszu posłużyła mi chusta przypięta szpilkami. Oczywiście tak przystrojony kapelusz był zbyt ciężki i nie układał się jak należy, ale spełnił swoją rolę podczas tych kilku godzin, gdy miałam go na sobie. 

Pomimo tego, że robiono nam mnóstwo zdjęć, w Internecie znalazłam ich tylko kilka, załączę jeszcze zatem (niestety niezbyt udane) zdjęcie, które zrobiłyśmy sobie z ekipą na bicyklach.





Pomimo tego, że mój strój wymaga tysięcy poprawek, jestem dość zadowolona z efektu końcowego. Mam wrażenie, że pomimo wyraźnej stylizacji, trzyma się estetyki epoki i nie wygląda zbyt karnawałowo przy dopracowanych, przepięknych strojach reszty dziewczyn. 

Ciuchy ciuchami, ale najprzyjemniejszą częścią tego popołudnia były dwie godziny spędzone w przyjemnym towarzystwie przy ciasteczkach i najlepszej chyba kawie, jaką kiedykolwiek piłam (zasługa Eli :)), za co jeszcze raz dziękuję. 

Planowałam za jednym zamachem opisać dwa wydarzenia, ale skoro znowu powstała notka-gigant, wyprawie do Lądka-Zdroju poświęcę osobny wpis. 

Do zobaczenia! 

L. 

niedziela, 8 maja 2016

Gorsetowe opowieści.

Obiecałam notkę o gorsecie, pora więc wywiązać się ze zobowiązań. 

Jakoś tak się złożyło, że zanim na dobre wsiąknęłam w modę historyczną, przeszłam etap zainteresowania modą alternatywną (ok, nadal się nią interesuję, aczkolwiek nigdy nie identyfikowałam się z żadną subkulturą, gwoli ścisłości), w tym gorsetami. Przez moją szafę przetoczyło się kilka egzemplarzy, począwszy od tubowatych gorsetopodobnych tworów na plastikowych fiszbinach, poprzez równie tubowate overbusty na stalowych, na powszechnie zachwalanych gorsetach (ok, jednym) z Paper Cats kończąc. 

W światku alternatywnej mody, o czym wszyscy zainteresowani pewnie wiedzą, najpopularniejszym sposobem noszenia gorsetu jest zakładanie go na ubranie. Przeszłam również przez ten etap, zakładając swój żakardowy under z PC na różne okazje, aż w pewnym momencie doszłam do wniosku, że jest zbyt strojny, a tak w ogóle to na co dzień najlepiej czuję się w luźnych ciuchach. Nie mam raczej kompleksów względem swojego wcięcia w talii, więc wykluczywszy opcję noszenia gorsetu jako bielizny, uwolniłam go z szafy i po prostu sprzedałam. 

To był duży błąd. Gorsety z PC mają wiele zalet, są bardzo dobrze wykonane, tanie i dobrze modelują sylwetkę. I świetnie nadawałyby się również pod historyczne suknie, zwłaszcza wzorowane na tych z końca XIX wieku. 

No ale co zrobić gorsetu nie ma, turniurę szyć trzeba, ale jak, skoro nie mogę oprzeć wykroju na swojej naturalnej figurze i najpierw powinnam zamówić gorset u gorseciarki (bo jak to mówią, z dostawą gorsetów w Paper Cats jest jak z hiszpańską inkwizycją)? Poczyniłam rozeznanie i już zabierałam się do napisania wiadomości, kiedy na mojej drodze pojawił się lumpeks (wszystkie moje opowieści się tak zaczynają, wiem). Wstąpiłam z czystej ciekawości, a nuż będą jakieś aksamity do nabycia. Aksamitów nie znalazłam, za to znalazłam gorset. Dość zniszczony overbust, za duży co najmniej o 3 rozmiary, ale za to na stalowych fiszbinach i to tylko za 5 złotych!

Oczywiście połowę gorsetu rozbebeszyłam przed zrobieniem jakiegokolweik zdjęcia...

Los rzucił mi wyzwanie, a ja wyzwanie przyjęłam. 

Wyzwanie czekało na swoją kolej dwa tygodnie, kiedy to gorączkowo zastanawiałam się co ma z tego powstać. Przeglądając książkę Jill Salen "Corsets: Historical Patterns & Techniques" powtarzałam sobie, że to nie może być aż tak trudne i wybrałam najprostszy under. Cóż, skoro gorset bazowy był overbustem i w zestawie 16 fiszbin tylko kilka było odpowiedniej długości do undera (dopiero potem dowiedziałam się, jak skracać fiszbiny). Trzeba zatem rozbebeszyć overa, wykrój pomniejszyć i zszywać od nowa! 

Tak też zrobiłam, wykonując wcześniej mock-up, który okazał się totalnym niewypałem. Zorientowałam się, że nie poradzę sobie z dopasowywaniem wymiarów biust-talia, a tak w ogóle to wcale nie chcę overa, bo są brzydkie i będzie mi zbyt gorąco. 

Zdecydowałam się na "małe" oszustwo i z pokazanych w książce gorsetów wybrałam gorset wstążkowy datowany na lata 1900-1910. 



Oczywiście nie mam na stanie tak szerokiej (i ładnej) wstążki, nie widziałam takiej także w odwiedzanych przeze mnie pasmanteriach, trzeba było zatem zdecydować się na kolejne oszustwo. Moje "wstążki" to po prostu resztki białego żakardu, uzupełnione bawełnianą koronką. Baza to pasiasty, również bawełniany materiał - kolejne resztki z tkaniny kupionej wieki temu. 

Ostateczny efekt jest, hmm... zadowalający, choć maksymalna redukcja to zaledwie 4 centymetry. Gorset usztywniłam 12 fiszbinami, tylne są oczywiście zbyt długie i zapewne kiedyś poddam je skróceniu (niestety, w najbliższym czasie mam za dużo szycia na głowie i zapewne się nie wyrobię). Wstążka to tzw. rozwiązanie tymczasowe, dlatego założona jest w sposób nie mający nic wspólnego z poprawnymi metodami wiązania gorsetów. Mam nadzieję, że wkrótce znajdę coś na zastępstwo. No i w sumie to przydałoby się jednak nieco zmniejszyć ten gorset, aby redukcja była bardziej widoczna. 

Teoretycznie da się go bardziej ściągnąć, ale do tego trzeba pomocy drugiej osoby :D. 

Zignorujcie ten biały szew, muszę go wypruć.  

Zignorujcie zbyt długie fiszbiny, muszę je skrócić >D.


Oczywiście datowanie gorsetu (już pomijając moje wykonanie) jest zbyt późne na turniurę, ale z braku laku zapewne będę zmuszona go założyć. Całkiem fajnie mi się go szyło, nie wykluczam zatem, że kolejny (tym razem bardziej odpowiedni historycznie) gorset także wykonam samodzielnie. Tymczasem uznajmy, że ten to po prostu inspiracja. 

Mam nadzieję, że oczy Was od tego nie bolą, za to chętnie poznam Wasze opinie!

Do napisania,
L. 


środa, 20 stycznia 2016

Plany na szycie - część 1.

Postanowiłam rozpocząć małą serię, w której prezentować będę "plany na szycie" - czyli to, co chciałabym w najbliższym czasie wydobyć spod maszyny. Mam nadzieję, że przedstawienie tego na blogu zmotywuje mnie jedynie do działania.

No to zaczynamy!

1. Negliż 

Nadal nie jestem pewna, czy negliż i dressing gown to na pewno to samo, nawet jeśli wydaje się,  że służą do tych samych celów. Nie zmienia to faktu, że szycie bielizny (także tej nocnej) wzorowanej na tej z minionych dekad to sama frajda, zwłaszcza przy świadomości, że dzisiejsze piżamki to najczęściej wyciągnięty tiszert i flanelowe spodnie (co także wielbię, najwygodniejsze ciuchy świata). 

Co prawda jedną* taką podomkę (szlafroczek, jak zwał, tak zwał) już uszyłam, drugą wygrzebałam w sh**, ale po co się ograniczać? 

Pierwszy egzemplarz, który wpadł mi w oko, to ten pochodzący z 1918 roku: (nie jestem pewna źródła, ale to chyba Met Museum)




Hafty są zachwycające!

Datowanie? 
Jak widać powyżej, mój ulubiony ostatnimi czasy początek XX wieku. W dalszej kolejności zamierzam także zaopatrzyć się w coś stylizowanego na lata 30. 

Kiedy planuję rozpocząć szycie? Powiedziałabym, że jak najszybciej, ale w kolejce mam jeszcze spódnicę, więc zapewne się to nieco przeciągnie.

Materiał? No właśnie, tu mam dylemat. Mam w zapasach oliwkowozielony poliestrowy szyfon, ale coś czuję, że nie jest to najlepszy kolor na negliż. Z drugiej strony miło byłoby mieć naturalną tkaninę. No i ten fiolet jest taaki piękny...

Wyzwanie? Nigdy nie szyłam nic z szyfonu, a słyszałam, że to koszmar. No i hafty, ale to inna sprawa.

Wersja alternatywna to to cudo z 1915 roku. Akurat mam w zapasach beżowy wiskozowy szyfon (z którego miała być koszula, ale jakoś się nie zanosi), więc rozważę opcję uszycia obu egzemplarzy. 



       


       




Tyle w części pierwszej, to be continued ;)

* Niestety, sfotografowanie jej jest niemożliwe, bo materiał to jakiś podły welur.
** Kiedyś się pochwalę, jest przepiękna. Tylko standardowo za duża. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Jak nie wpisałam się w datowanie, czyli suknia z 1911.

Przymierzałam się do wyprawy na Złote Popołudnie odkąd tylko dowiedziałam się, że tego typu wydarzenia odbywają się na terenie naszego kraju (czyli niewiele wcześniej). Jako, że  nie wyrobiłam się z szyciem na piknik w Pszczynie, tym razem miało być inaczej. Tylko skończę suknię wzorowaną na tej z 1911 i zabiorę się za coś z wcześniejszych dekad.

Rzeczywistość spłatała mi figla i jakoś tak wyszło, że ledwo zdążyłam skończyć suknię, a już trzeba było się pakować i ruszać do Krakowa. Zrezygnowana machnęłam ręką w nadziei, że nikt nie zwróci uwagi na moje faux pas. Nie miałam nawet stroju dziennego (który akurat wpisałby się w datowanie, gdyż miał zawierać tę koszulę), więc czekała mnie podwójna porcja wstydu do przełknięcia.
Ciekawość wygrała i tak oto znalazłam się na moim pierwszym w życiu wydarzeniu kostiumowym.

Zanim przejdę do opisu sukni, kilka zdań o samym Złotym Popołudniu, a raczej o moich odczuciach. Złote Popołudnie to wydarzenie organizowane przez stowarzyszenie Nomina Rosae i Szkołę Tańca Jane Austen i w założeniu ma ono stanowić swoistą podróż w czasie do XIX wieku. (Polecam zresztą zapoznać się z działalnością Nominy, która tego typu przedsięwzięć organizuje dość sporo.)

Program imprezy był naładowany ciekawymi pozycjami, jak pokaz mody, diorama, czy spektakl-seans spirytystyczny. Niestety, minusem było to, że bardzo niewiele punktów programu odbyło się zgodnie z harmonogramem, zatem większość czasu spędziłyśmy wraz z Kasią włócząc się po ogrodach pałacu w Śmiłowicach i wyczekując kolejnych atrakcji. Dużo czasu spędziłyśmy też w pałacowej restauracji przy herbatce i ciastkach, niestety bez obiadu, bo w menu nie było dań wegetariańskich, co przy ponad 12 godzinach spędzonych w jednym miejscu jest dość problematyczne.

Kilka atrakcji mile mnie zaskoczyło, jak np. namiot cygański, gdzie bardzo mile spędziłyśmy czas rozmawiając o dybukach. Niektóre jednak wywoływały raczej moje zdumienie, np. bardzo chaotycznie przeprowadzony pokaz mody, w którym pominięto kilka z najpiękniejszych (moim zdaniem) sukni. "Rozluźniony" program Złotego Popołudnia sprawił, że czas się nieco dłużył. Na szczęście dla jego zabicia udało mi się przeprowadzić kilka miłych rozmów.

No to teraz suknia! Dość luźno wzorowałam się na tym projekcie Callot Soeurs z 1911 roku. (zdjęcia z MetMuseum)





Urzekła mnie tiulowa (?) góra i moje ulubione chyba połączenie kolorów. Od początku wiedziałam, że suknia nie będzie miała trenu, gdyż planowałam wykorzystać dość uniwersalną spódnicę, którą przerobiłam z zakupionej w lumpie szmatki chwilę wcześniej. Niestety, spódnica to pół na pół poliester  z bawełną, dlatego dla pocieszenia samej siebie (i dla wydłużenia spódnicy) dodałam u dołu pas aksamitu. 

Także góra uszyta jest z aksamitu w połączeniu z fioletowym żakardem (z zielonej wiskozy powstała ostatecznie koszula), odzyskanym z bardzo brzydkiej spódnicy zakupionej wieki temu w lumpeksie. W miarę posiadanych materiałów starałam się o tzw. historyczną poprawność (o ile w ogóle można tak mówić przy wykroju robionym na oko). Szyłam bawełnianymi nićmi, a jako guzików użyłam szklanych paciorków. Oczywiście nie posiadałam bawełnianej gipiury (robią taką w ogóle?), dlatego ratowałam się resztkami z zapasów. Rękawy także powstały z odzysku i to także, niestety, poliester. 

Suknia prezentuje się tak i biorąc pod uwagę, że jest to moja pierwsza próba w kostiumingu, jestem z siebie nawet zadowolona. 



Tak, zdjęcie łazienkowe, ale na tym wyglądam chyba najkorzystniej, to wrzucę :P


A na tym z kolei wyglądam bardzo niekorzystnie, za to dobrze widać przód sukni. 
Suknię uzupełniła reticule szyta z tych samych tkanin i koronkowe rękawiczki kupione dawno temu w KappAhlu. Przepiękny wisiorek pożyczyłam od Kasi. 

Co ciekawe, spotkałam się z wieloma mniej lub bardziej zabawnymi komentarzami na temat mojej bladości, na co, przyznam, nie byłam przygotowana. Zwłaszcza biorąc pod uwagę tematykę wydarzenia i fakt, że Wrocławianie nie są zbyt skorzy do komentowania cudzego wyglądu (co z tego co wiem, w innych dużych miastach jest raczej normą). Cóż, nie opalam się od ośmiu lat, co ciemne kolory sukni tylko pięknie eksponują. 

Ponieważ wiedziałam, że jeśli najpierw zabiorę się za szycie sukni, nigdy nie uszyję pasującej do niej bielizny, zrobiłam to w pierwszej kolejności. Efekty można podziwiać tutaj. Inna sprawa, że z Krakowa od razu ruszałam do Warszawy, a potem na Litwę, zatem aby się nie przeciążać, zabrałam tylko halkę... 

Tyle na dziś, kolejne szyciowe nowiny pochodzić będą z lat 40. i 50. XX wieku, zatem zapraszam już wkrótce! 

L. 


czwartek, 12 listopada 2015

Co kryje się pod sukienką cz. 1.

Czyli krótki opis edwardiańskiej bielizny.

Dziś część pierwsza, czyli koszula, szerzej znana jako chemise (co z francuskiego oznacza ni mniej, ni więcej, tylko właśnie koszulę). I chyba tej nazwy wolę używać, bo w wydaniu historycznym (albo historyzującym, jak w moja) przypadkach chemise przypomina bardziej półhalkę, niż koszulę.

Jej historia jest dosyć długa, gdyż najpewniej wyewoluowała z rzymskiej tuniki, a prawdziwą popularność zyskała w czasach średniowiecza. I cieszyła się tą popularnością aż do początku XX wieku, kiedy to ubieranie stało się nieco prostsze a koszula spodnia przestała być niezbędna.

Swoją uszyłam, wraz z halką, pantalonami i staniczka gorsetowego z zamiarem wybrania się na Złote Popołudnie w pełnym*, nie do końca historycznie poprawnym (eufemistycznie mówiąc) rynsztunku.
Ale fakt, że z Krakowa wyruszałam od razu w kierunku Litwy, a zatem musiałam maksymalnie ograniczyć bagaże sprawił, że (teraz chwila wstydu i prawdy) wszystko oprócz halki zostało w domu. No nic, na pewno się nie zmarnuje!

Żeby zabrać się za szycie, musiałam oczywiście najpierw przekopać inernet w poszukiwaniu inspiracji. Nie było z tym żadnego problemu, zwłaszcza gdy niemal pierwszym zdjęciem, na jakie się natknęłam, była ta zachwycająca pani:

Źródło: http://historicalsewing.com/purple-silk-edwardian-corset

Szukając dalej natrafiłam na tę rycinę i wiedziałam już, że najbardziej przypadła mi do gustu ta po lewej. Rycina jest z roku 1911, a więc dokładnie z tej samej daty, co moja suknia.


Źródło: http://ladycarolyn.blogspot.com/2012/03/interpreting-edwardian-undergarments.html
Następnie spędziłam miliony godzin na zabawie z wykrojem, kolejne miliony na wycinaniu, zszywaniu, ozdabianiu i voila!

Bałagan z tyłu znamionuje proces twórczy - w większości to tkaniny na kolejne projekty. 

Focia z instagramowymi filtrami musi być. 

Jestem z niej bardzo zadowolona**. Powstała dość szybko ze znalezionej w lumpie bawełnianej narzuty na łózko, także wszystkie koronki są bawełniane. Udało mi się uniknąć szwów zygzakowatych, jedyne, co do których mam wątpliwości, to szwy bieliźniane, które co prawda znakomicie się sprawdzają w tego typu elementach garderoby, natomiast nie mam pojęcia o ich historii. W tej chwili nadal brakuje wstążeczki przy dekolcie, bo wszystkie, jakie posiadam w domu, są poliestrowe. 

Nieco inaczej sprawa prezentuje się ze staniczkiem gorsetowym (popularniejsza chyba nazwa to corset cover). Co dość oczywiste, nakładało się go na gorset w celu oddzielenia tegoż od stanika sukni, czy koszuli. Zapobiegało to przebijaniu gorsetu spod ubrania oraz możliwym przetarciom materiału odzieży wierzchniej przez twarde fiszbiny sznurówki. 

W tym przypadku przekopywanie internetu trwało jedynie chwilę, gdyż wieki temu los skierował moje kroki w stronę nieistniejącego już niestety lumpeksu, gdzie ze sterty "wszystko po 1 zł" wygrzebałam koszulę zakładaną tradycyjnie pod bawarski dirndl. Kupiłam, choć potem przez kilka lat leżała niespożytkowana, bo jakoś nie mam potrzeby i chęci chadzać w bawarskich strojach ludowych (choć posiadam dwa w kolekcji. Zaraz, jakiej kolekcji. Chyba, że tak nazywa się inaczej zakupoholizm). Ale nadszedł ten dzień i natchnienie podpowiedziało: hej, to będzie świetna baza na staniczek gorsetowy! I tak też się stało. 

Przed i po.

Jak widać, modyfikacje nie są duże, ale jestem bardzo zadowolona z efektu. Jedyne, do czego można się przyczepić, to fakt, że tkanina to mieszanka bawełny z poliestrem, ale stojąc przed wyborem: wykorzystać to, co mam (i leży nieużywane), czy szyć od nowa wybrałam pierwszą opcję. Idea recyklingu wygrała.

I mała prezentacja, jak to wygląda na (styropianowym) człowieku:

Jest nieco za duży, ale po założeniu w ogóle nie rzuca się to w oczy. 

To tyle z dzisiejszych bieliźnianych wynurzeń!

Do napisania wkrótce!

LL

P.S. Szczerze mówiąc nie wiem, czy nastąpi druga część tej notki, halka i pantalony już nie są tak udane :D.


* Tak, brakuje gorsetu. Nadal się waham, czy mam tyle cierpliwości, żeby podjąć się uszycia tego elementu garderoby, czy jednak wolę zostawić to doświadczonej gorseciarce. Zobaczymy, jaką odpowiedź da moja najbliższa wypłata.

** Co prawda nie miałam jej jeszcze na sobie, ale stanowi przeuroczą koszulę nocną, jak to określiła moja siostra.