Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1945 - 1969. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1945 - 1969. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 marca 2016

Retroszycie: spódnica i halka.

Dotrzymywanie postanowień idzie mi bardzo słabo. Naprawdę.
Miałam  tu wrócić ze zdjęciami szyfonowego negliżu, "obiecanego" w pierwszej notce z serii Plany na szycie. Oczywiście nic takiego nie powstało (chociaż mam tkaninę!), za to stworzyłam kilka innych rzeczy. Cóż, umiejętność pracy w chaosie to domena ludzi kreatywnych. 

Ostatnimi czasy los zsyła mi niespodzianki w postaci idealnych tkanin, znajdowanych oczywiście za grosze w second handach. Mimo, że szycie z tego typu wtórnych materiałów może budzić kontrowersje, ja nie mam z tym problemu. Skoro noszę kupione w ciucholandach ubrania, mogę bawić się w szycie z zasłon, zwłaszcza jeśli wypróbowuję nowy wykrój i obawiam się, że ciuch nie będzie nadawał się do ubrania, a cała tkanina pójdzie na marne. 

Podobnie było i tym razem. Nawiedziłam swój ulubiony chyba sklep z tkaninami (ok, potem odkryłam hurtownię i to bliżej domu) i wyszłam z krwistoczerwoną podszewką. Nie kupiłam materiału wierzchniego, bo po prostu nic odpowiedniego nie wpadło mi w oko. Za to dzień później, w ciucholandzie, wypatrzyłam czarną żakardową zasłonę i już wiedziałam, że oto mam wszystkie tkaniny potrzebne do uszycia tej spódnicy z wolantem:

Źródło: burda.pl

Model pochodzi z Burdy 8/2015. Jak tylko ją zobaczyłam, zapałałam (wtedy nieodwzajemnioną) miłością. Jest elegancka, nietuzinkowa i względnie prosta do uszycia. 

Zajęło mi to jakieś dwa dni (oczywiście z przerwami) i oto jest: 


Nie miałam jeszcze okazji jej ubrać, gdyż nie wybierałam się na żadną uroczystość, a na co dzień wydaje mi się jednak zbyt strojna. 

W tytule notki pojawia się też tajemnicza halka. Od dłuższego czasu byłam świadoma, że moje wysłużone, uszyte wieki temu halki są zbyt cienkie i przede wszystkim zbyt krótkie do rozkloszowanych sukienek w stylu lat 50. Potrzebowałam czegoś w tym stylu, a jedynym powodem, dla którego nie uszyłam halki wcześniej było... No właśnie, co? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego nie zabrałam się za to wcześniej! 

Źródło: cosplay.com

Materiał, jakiś podły, za to dość sztywny poliester, kupiłam za grosze w ciucholandzie prawie rok temu (tak, kiedyś był firaną) i od tej pory wisiał jako tkanina dekoracyjna (przecież!) na ścianie. Nadszedł jednak ten dzień, w którym stwierdziłam, że nie mam pomysłu na to, co uszyć teraz, więc wezmę się za halkę. I voila! 

Wiem, że nie jest to najodpowiedniejsze zdjęcie na bloga, ale to słońce!

Szyło się szybko i przyjemnie. Halka nie nadaje sukienkom zbyt dużej objętości, co uważam za plus (zwłaszcza w środkach komunikacji miejskiej). Prawdopodobnie kiedyś nadejdzie ten dzień, w którym stwierdzę, że jest na niej za mało szczęścia i doszyję kolejne, dodające objętości, warstwy.

Ok, mam już halkę, wydawałoby się więc, że moje życie jest kompletne. Nic bardziej mylnego, gdyż teraz bawię się w szycie gorsetu! Nigdy bym nie pomyślała, że do tego dojdzie, ale to temat na kolejną notkę. Zatem do napisania! 






sobota, 6 lutego 2016

Biedroneczka

Każdy, kto szyje wie, ile dobrodziejstw można znaleźć z lumpeksach. A to trafi się ładna zasłona, dziwnym trafem tylko jedna, za to świetnie nadająca się na sukienkę, a to bardzo brzydka.. tak, właśnie sukienka, w dodatku za duża o 6 rozmiarów, ale tkanina jest tak urocza, że na pewno się do czegoś przyda... Przykłady można mnożyć. 

Jakiś czas temu wpadła mi w ręce sukienka z cienkiej bawełnianej flaneli, czerwonej w czarne kropeczki. Myślałam o sukience z podobnym wzorem od dłuższego czasu, więc bez mrugnięcia okiem zapłaciłam 5 zł za tę (jeszcze wtedy) paskudną część garderoby, a potem... rzuciłam na miesiąc na stos rzeczy "do przerobienia". 

Nadszedł w końcu ten moment, zatem przed rozpruciem szwów w oryginale zrobiłam w Internecie mały research. Sukienka miała metkę "Laura Ashley" i paskudny krój sugerujący lata 80. sięgające do inspiracji sielską wsią. Wyniki wyszukiwania potwierdziły moje domysły: pani Laura specjalizowała się w tego typu kreacjach, a przygodę z modą rozpoczęła od projektowania drukowanych tkanin inspirowanych epoką wiktoriańską. W latach 50. i 60. osiągnęła nawet pewną popularność, a jej projekty z lat 70. znalazły się na wystawie w Fashion Museum w Bath (TUTAJ opis i zdjęcia. Takiej kiecki bym nie pokroiła, musicie uwierzyć, że moja była naprawdę brzydka). 

Marka dalej istnieje, a w Warszawie znajduje się nawet sklep z (piekielnie drogimi) tkaninami  Laura Ashley. 

Przyznam, że te rewelacje sprawiły, że zawahałam się z prujką w ręku. Z pomocą w dylemacie przyszedł ebay. Okazało się, że nie ma popytu na brzydkie projekty z lat 80., zatem rozprułam sukienkę na części pierwsze i uszyłam z niej swoją wersję. 

Jeśli ktoś jest ciekawy, jak wyglądał oryginał, TUTAJ są (bardzo słabej jakości) zdjęcia.

Krój sukienki również od początku znajdował się w mej głowie, gdyż bardzo spodobała mi się ta sukienka Le Palais Vintage: 


Następnie kilka dobrych godzin męczyłam się nad wykrojem mającym przypominać powyższe cudo i oto powstała tak zwana biedroneczka:

Wybaczcie jakość, to kolejna niefotogeniczna sukienka.




Przyznam, że niezbyt przyjemnie szyło mi się tę akurat sukienkę. Pomijając dość skomplikowany wykrój okazało się, że tego rodzaju cienka flanela raczej nie nadaje się do ponownego użycia, gdyż dość paskudnie się rozciąga na szwach, co widać m. in. na drugim zdjęciu (z tego też powodu sukienka jest nadal nie wykończona :P). 

To tyle z mojego szycia, gdyż na dzień dzisiejszy nie mogę się pochwalić większymi osiągnięciami. Nadal nie zdobyłam szyfonu z naturalnych włókien, zatem negliż jest wciąż w fazie projektowania.

Do następnego przeczytania!

LL.


sobota, 26 grudnia 2015

Skok w przyszłość: sukienka w stylu lat 60.

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że potrzebuję więcej rozkloszowanych, nadających się na co dzień, sukienek. Dodatkowo naoglądałam się Mad Men (i fabuła nadal mnie nie porwała, ale robi się coraz ciekawiej) i stwierdziłam, że wczesne lata 60. nie są takie złe. To, co dzieje się w modzie potem, to już kompletnie nie moja działka, choć bardzo podobają mi się płaszcze z tego okresu, ale o tym kiedy indziej.

Standardowo życie mnie oszukało i zamiast czerwonej kraty ze sklepu z tkaninami wyniosłam szaro-granatową (choć tak właściwie dalej nie jestem pewna, co to za kolor). Niestety, mój ulubiony sklep nie miał na stanie pięknej, kraciastej, czerwonej wełny, której wizję miałam w głowie, dlatego tym razem szarawy syntetyk. Może to i lepiej, bo jak się okazało, dopasowywanie kratki do kratki to koszmar. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jest to pierwsza rzecz w kratę o tak skomplikowanym wykroju, jaką uszyłam.

No i wykrój! Zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale jest to pierwsza rzecz od początku mojej "kariery" jaką uszyłam z gotowego wykroju. Jakoś tak zawsze wychodziło, że zawsze bawiłam się w rysowanie swoich wykrojów, zamiast szukać podpowiedzi w stosie Burd mojej rodzicielki. Tym razem się poddałam i sięgnęłam do magazynu "101 Porad" z czerwca 1997.


Plusem jest to, że wykrój ten nie jest przygotowany w konkretnym rozmiarze, lecz poszczególne wymiary podane są w centymetrach. To sprawiło, że poprawek było raczej niewiele. Od siebie dodałam zaszewki na biuście, rękawy i zmieniłam kształt dołu na kloszowy. Gotowa sukienka prezentuje się tak:




Postanowiłam powalczyć także z podszewką, mając nadzieję, że z gotowego wykroju pójdzie mi lepiej niż zazwyczaj. Udało się, choć w pełni zadowolona nie jestem. (Na zdjęciu tylko kolor, bo wciąż wymaga poprawek). 


Sukienka jest bardzo wygodna i idealnie dopasowana, co sprawia, że chyba na stałe polubię się z gotowymi wykrojami. Zresztą ten sam wykrój, tylko z pogłębionym dekoltem posłużył mi do stworzenia prezentu dla siostry. Mały teaser, w roli głównej mój kot Ramzes. 



Jako, że ostatnimi czasy poznosiłam  mnóstwo kupionych w sh ciuchów, które aspirują do zostania czymś pięknym po przejściu treningu przez maszynę do szycia, spodziewajcie się kolejnych notek w najbliższym czasie. 

Spokojnego odpoczynku,

LL