Historia samej tkaniny jest równie ciekawa. Do sklepu weszłam po bordową, lejącą się tkaninę, która stanowić miała część stanika sukni inspirowanej wykrojem z 1911 roku (ale o tym kiedy indziej). Zazwyczaj pomocna pani nie mogła odnaleźć odpowiedniego materiału, zwłaszcza, że zażyczyłam sobie tkaniny wykonanej z naturalnych włókien. Rozszerzyłyśmy zakres poszukiwań o granat i zieleń. I tak oto wyszłam ze sklepu z metrem zielonej wiskozy z domieszką jedwabiu.
Jednakże już w domu doszłam do wniosku, że do planowanego typu stanika bardziej pasuje walający się po mieszkaniu fioletowy żakard, będący kiedyś częścią paskudnej, kupionej w ciucholandzie spódnicy. Nic to, żaden skrawek materiału się u mnie nie zmarnuje - odłożyłam więc zieloną wiskozę (z domieszką jedwabiu) do pudła z ulgą, że nie muszę kroić tak "szlachetnej" tkaniny.
Problem pojawił się w momencie, w którym zorientowałam się, że na Złotym Popołudniu, na którym planowałam się pojawić, nie wypada chodzić przez cały dzień w sukni wieczorowej! Pal licho spódnicę, która jest na tyle uniwersalna, że może posłużyć i do stroju dziennego i do wieczorowego (na szycie trenu nie miałam niestety czasu), ale góra?! Nie ma wyjścia, trzeba szyć koszulę!
Materiału miałam aż nadto (szyfonowa wiskoza, kupiona na koszulę trzy miesiące temu nadal czeka na wykorzystanie), gorzej, że nie miałam pomysłu! Przez trzy kolejne dni, w każdej wolnej chwili, przekopywałam się przez Google w poszukiwaniu tej jedynej. I o to znalazłam, dzień przed wyjazdem do Krakowa, a pomocą okazała się strona marquise.de.
Piękna, idealna, bogato zdobiona, z odpowiedniego datowania (1898). Co z tego, skoro na uszycie jej nie starczyło mi już czasu. Podjęłam nawet próbę wykrojenia koszuli z zamiarem uszycia całości ręcznie w pociągu, ale szybko zarzuciłam ten pomysł wiedząc, że zmarnowałabym tylko tkaninę.
I tak wykrojona koszula czekała kolejny miesiąc na dokończenie. W międzyczasie zaczął się rok akademicki, doszło trochę nowych obowiązków, a koszula, której poświęcałam zdecydowanie za mało czasu, wisiała (nadal w kawałkach) na manekinie. Sama koncepcja koszuli uległa w międzyczasie drobnym zmianom.
Oczywiście od początku planowałam jedynie wzorować się na powyższej rycinie, jednak fakt, że krojąc rękawy zorientowałam się, że zabraknie mi materiału (!) sprawił, że trzeba było diametralnie zmienić koncepcję. A nic, pobawię się w projektantkę mody, pomyślałam i tak oto wykroiłam każdy z rękawów z 4 (!) części. Efekt prezentuje się tak i mnie (niemal) w pełni zadowala:
Dziękuję za uwagę,
LL




