Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1870-1889. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1870-1889. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 maja 2016

Słuszna decyzja, czyli moja pierwsza wyprawa na Piknik Krynoliny w Pszczynie.

Sobotnie popołudnie upłynęło mi w sielskiej atmosferze dziewiętnastowiecznego pikniku w Pszczynie, popularnego wydarzenia organizowanego przez Stowarzyszenie Krynolina. 

Szczerze mówiąc do ostatniego momentu nie wiedziałam, czy w ogóle pojadę, głównie ze względu na fakt, iż uważałam za faux pas wpakowywanie się dopiero co poznanym osobom na kocyk i przerywanie leniwego odpoczynku w gronie znajomych. Na szczęście w ostatnim momencie podjęłam decyzję, że jadę, co ma być, to będzie. 

Była to najlepsza decyzja podjęta przez tak niezdecydowaną osobę jak ja w ostatnim czasie. Po rozważeniu "za" i "przeciw" i krótkiej rozmowie z Sio (Potłuczone Filiżanki) zabrałam się za gorączkowe wykańczanie sukni, by po czterech godzinach snu wpakować się w pociąg i w okolicach południa dotrzeć do Pszczyny. (Tutaj zamieszczam oficjalne podziękowania dla Ettariel, która do ostatniej chwili chciała wybawić mnie ze stresu samotnej wyprawy!)

Żałuję jedynie, że nie udało mi się dotrzeć na czas, jednak widok pięknych pań (i panów!) w ich wspaniałych kreacjach, przyjemne rozmowy oraz zabytkowe otoczenie Skansenu Zagrody Wsi Pszczyńskiej wynagrodziły mi godziny spędzone w podróży.

To teraz coś dla oka, gdyż myślę, że zdjęcia najlepiej oddadzą atmosferę wydarzenia.


Fot. Witek Wo

Fot. Witek Wo

Fot. Andrzej Grynpeter

Fot. Witek Wo

Fot. Witek Wo

Fot. Miłosz Brzozowski

Fot. Andrzej Grynpeter

Fot. Miłosz Brzozowski

Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy i bardzo trafnie podsumowała to Sio: "Trochę jak z Wigilią: więcej gotowania, niż jedzenia", dlatego brutalny powrót do rzeczywistości wprawił mnie w dość ponury nastrój, Najgorsze jednak, że przez szycie do trzeciej w nocy nie mogę już patrzeć na maszynę, a na przerwę nie mogę sobie pozwolić - zobowiązania czekają! 

O mojej sukni w kolejnej notce, bo jak zwykle historia powstania jest raczej zawiła ;). 

Do następnego poczytania!

L. 

środa, 25 maja 2016

To jest turniura na miarę naszych możliwości.

Myślę, że każdy, nawet jeśli kompletnie nie interesuje się moda historyczną, czy nawet samą historią, spotkał się kiedyś z charakterystyczną sylwetką, w której uwypukloną częścią kobiecego ciała jest - ogólnie mówiąc - tył. I nie mam tu na myśli współczesnych przykładów legginsów z wypychaczami na pośladki, ale oczywiście turniurę. 

Ten charakterystyczny dla epoki wiktoriańskiej element kobiecej garderoby popularność zyskał na początku lat 70. XIX wieku i, pomijając może niewielką przerwę, utrzymał ją niemal do końca lat 80.

Szyjąc strój wzorowany na rycinie z 1883 roku nie można oczywiście turniury pominąć, co gorsza, nie można uszyć praktycznie nic, nie wiedząc, jak miałoby się to na turniurze układać! Dlatego właśnie pracę zaczęłam właśnie od tej części bielizny. 

Jako, że nigdy nie istniał jeden wzorzec turniury, ja zdecydowałam się skorzystać z TEGO tutorialu American Duchess i  uszyć tzw. "lobster tail", czyli po prostu... eee... "odwłok homara"  (myślę, że każdy wie, o jakiego skorupiaka chodzi). 

Niestety, biała, najzwyklejsza bawełna jest u mnie towarem deficytowym (ostatni kawałek przeznaczony będzie na halkę). Pieniądze, za które można taką nabyć, także, dlatego zdecydowałam się na użycie różowej prążkowanej bawełny z zapasów, co samo w sobie nie jest minusem, gdyż dzięki temu "lobster tail" nabiera innego znaczenia  :D. Niestety nie jestem pewna, z czego wykonana jest farba użyta na prążki, a zresztą otoczka fiszbiny jest plastikowa, więc i tak nie ma mowy o żadnej rekonstrukcji. 

Postępowałam zgodnie z krokami opisywanymi przez American Duchess, także wtedy, gdy powiedziane było, że górna część turniury może mieć dowolny wymiar pod warunkiem, że zmarszczymy ją tak, by zmieściła się w 1/3 obwodu paska. Tak też zrobiłam i efekt był, eufemistycznie mówiąc, średni. Trudno się dziwić, skoro tunele na trzy górne fiszbiny były dłuższe od samych fiszbin, przez co tworzyły się nieestetyczne zagięcia.


Rozwiązanie problemu polegało na przyszyciu pasków ściągających materiał tak, by trzymał się w przysłowiowej kupie, a nie rozłaził na boki. Oczywiście dopiero druga próba była udana. 

Magia painta, ale przynajmniej wiadomo o co chodzi ;)

Rozłożona turniura zajmuje sporo miejsca (i wygląda jak nieco zbyt oryginalna żaluzja). Ponieważ nie posiadam walizki, do której mogłabym ją zmieścić na
czas podróży, postanowiłam z resztek uszyć pokrowiec, przypominający nieco te na maty do jogi. 


Ok, teraz czas na EFEKT KOŃCOWY (werble). 

Yyy, nadal dziwnie się układa. ECH. 

Za to od tyłu wygląda lepiej (gdyby tylko równo ją związać).

Podsumowując, spodziewałam się, że uszycie turniury przysporzy mi więcej problemów, natomiast o ile szycie to oczywiście sama przyjemność, "krojenie" fiszbiny sprawiło, że pod koniec pracy czułam się niemiłosiernie zmęczona!

Walczę obecnie z tym, co powinno się znaleźć na turniurze, więc spodziewajcie się wkrótce ładnych rzeczy na blogu ;).